fbpx
A password will be e-mailed to you.

Niezbyt często trafiamy na ludzi, którzy potrafią dobrze ogarniać motocykle żużlowe. Jeszcze rzadziej, gdy robią to mając niemal 80 lat. Andrzej Perczyński, przez całe swoje sportowe życie związany z klubem Motor Lublin, nie ma z tym problemu, chociaż karierę zawodniczą zawiesił już w czasach, gdy większości z czytelników pewnie nie było jeszcze na świecie.

Lech Potyński: Poznaliśmy się we wczesnych latach 80. ubiegłego wieku, gdy rywalizowaliśmy w Mistrzostwach Polski Pojazdów Zabytkowych. Startowałeś wtedy na NSU „Kaloszu”, zamiennie z – o ile dobrze pamiętam – stareńkim BMW R 42, ale chwilę potem przerzuciłeś się na cztery koła, czyli zabytkowego Triumpha TR3. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że miałeś za sobą bardzo bogatą zawodową karierę motocyklową. Taką ilością pamiątek, które tu zgromadziłeś, można by obdzielić pewnie niejedno muzeum motoryzacji…

Andrzej Perczyński: Patrząc na te pamiątki, sam możesz wywnioskować, kiedy zaczynałem karierę sportową. Pierwsze trofea to był rok 1964, kiedy to startowałem w rajdach motocyklowych, ale także w wyścigach ulicznych, formuła 125. W sumie przez całe życie uprawiałem aż sześć dyscyplin sportów motorowych. Pewnie jestem obecnie jedynym człowiekiem w Polsce, który zajmował się zawodniczo aż tyloma różnymi dyscyplinami i miał w tym jakieś osiągnięcia.

Patrząc na pamiątki, można prześledzić jego bogatą karierę.

W roku 1969 reprezentowałem Motor Lublin w finale Żużlowych Mistrzostw Polski. Ale były też rajdy obserwowane (dzisiaj zwane trialem, przyp. red), od których wszystko się zaczęło, motocross, karting, motocykle zabytkowe. Na moim pierwszym w życiu wyścigu ulicznym w Lublinie zająłem czwarte miejsce, na 55 startujących w klasie 125. Zaraz potem poszedłem do wojska, do jednostki we Włodawie. Kiedy dostałem po przysiędze przeniesienie do Rzeszowa, to już musiałem stawić się z motocyklem w klubie przy ulicy Krakowskiej. Tam startowałem w wyścigach ulicznych i w motocrossie.

L.P.: Jakie były oficjalne początki Twojej kariery?

A.P.: Oficjalnie zaczynałem w roku 1964, w Rzeszowie, w wojsku u płk. Junaka, w wyścigach ulicznych i zawodach motocross. Tam jeździłem dwa lata, zdobyłem licencję sportową i zaraz po zakończeniu służby poszedłem do Motoru Lublin startować na żużlu. To była naturalna kolej rzeczy, bo wtedy w naszym kraju dosyć popularne były tzw. LPŻ-y – kluby zrzeszone w Lidze Przyjaciół Żołnierzy. Zaczynałem jeździć na polskim motocyklu FIS, ale szybko dostałem dwuzaworową Jawę, która była znacznie lepszym motocyklem. Potem pojawiły się konstrukcje czterozaworowe.

Zawsze wierny Motorowi Lublin

W sumie w klubie spędziłem jedenaście lat, z czego dziewięć na torach żużlowych. O, patrz, tu mam pamiątkowe zdjęcia z Nikim Pedersenem, Gregiem Hancockiem, a tu z Tomkiem Gollobem, jeszcze przed tym jego okropnym wypadkiem. Ja już wtedy od dawna nie ścigałem się na żużlu, ale cały czas jakoś przy tym sporcie byłem.

Andrzej Perczyński z Tomaszem Gollobem

Chyba z dziewięć lat ścigałem się też na gokartach i nawet zdobyłem tytuł wicemistrza okręgu. To już był całkiem niezły poziom sportowy. Jak sam pamiętasz, w Mistrzostwach Polski Pojazdów Zabytkowych też dosyć często stawałem na pudle, zarówno w  klasie motocykli, jak i samochodów. W obu klasach zdobyłem też tytuł Mistrza Polski. Tego Triumpha TR3 do dzisiaj mam w garażu i nawet dosyć często, przy dobrej pogodzie, jedziemy sobie gdzieś na przejażdżkę.

Ostatni raz na torze żużlowym jeździłem kilka lat temu, podczas jakiegoś spotkania Polska-Ukraina. Oczywiście nie jako zawodnik, tylko tak honorowo, kilka okrążeń. Ze współczesną czterozaworową Jawą to już bym sobie pewnie nie poradził, ale na tej dwuzaworowej szło mi chyba całkiem nieźle. W każdym razie brawa otrzymałem.

Tutaj Jawa czterozaworowa, a tu dwuzaworowa

L.P.: A nieoficjalnie, kiedy zacząłeś swoją przygodę z motocyklami?

A.P.: Motocyklami interesowałem się znacznie wcześniej, już jako kilkunastoletni chłopak. Mało tego, miałem fantastyczne okazje, by nimi jeździć! Gdy jeszcze chodziłem do szkoły podstawowej mój brat zaczął jeździć na motocyklach w Avii Świdnik, razem z Jankiem Szczerbakiewiczem (właściwie Remigiuszem Janem Szczerbakiewiczem, fabrycznym kierowcą WSK, przyp. red.) na motocyklach testowych.

Brat często zostawiał motocykl w domu, mieszkaliśmy wtedy na Majdanku, blisko byłego obozu. Oni jeździli samochodem Szczerbakiewicza z dwoma dziewczynami do Kazimierza nad Wisłą, a ja jeździłem wtedy dookoła dzielnicy, żeby nakręcić odpowiednią liczbę kilometrów na motocykl, bo brat od tego miał płacone. Więc oni z dziewczynami na randkę, a ja kręciłem się wtedy tymi motocyklami testowymi. To były jakieś późne lata 50.

Warsztat Andrzeja jest wystarczająco dobrze wyposażony.

Ale oczywiście wcześniej brat nauczył mnie jeździć motocyklami. Byłem wtedy tak mały, że nie dosięgałem jeszcze nogami do ziemi, musiałem podjeżdżać pod krawężnik i dopiero wtedy zsiadałem z takiej wueski. Tak nauczyłem się chyba całkiem nieźle jeździć, bo jak mówiłem, jeszcze przed wojskiem, na początku lat 60., miałem pierwsze starty w wyścigach ulicznych.

L.P.: Mając takie doświadczenie powiedz, czy współczesny żużel bardzo się różni od tego sprzed kilkudziesięciu lat?

A.P.: Bardzo się różni, w zasadzie w każdym aspekcie. Raz, że motocykle są inne – niby ciągle to samo, idea braku hamulca i praktycznie zawieszeń oraz jednego biegu (na torach krótkich) pozostała, ale moc, a szczególnie moment obrotowy, są nieporównywalnie większe. Dzisiaj każdy z zawodników ma swoją potężna ekipę, ze dwóch-trzech mechaników, samochody, busy, zaplecze techniczne.

Pamiątkowe zdjęcia na szczęście nie zostały wyrzucone.

Jak ja jeździłem w Motorze, to dostawaliśmy na mecz żużlowy Autosana, w którym na tę okazję wymontowywana była połowa siedzeń z tyłu, tam pakowaliśmy na stojaki motocykle, a ekipa siedziała z przodu. Każdy z nas miał tylko po jednym motocyklu i było dwóch mechaników na całą drużynę. Sam musiałem dłubać w swojej maszynie.

Tory były wtedy bardzo niebezpieczne. Mój drużynowy kolega (razem chodziliśmy też do podstawówki), Tadzio Tkaczyk, uległ śmiertelnemu wypadkowi podczas mojego pierwszego oficjalnego debiutanckiego startu w meczu towarzyskim ze Stalą Rzeszów. Banda była drewniana, na wirażu postawiło go na przednie koło, a myśmy jeździli w zwykłych „orzeszkach”, czy nawet kaskach górniczych i rękawicach spawalniczych. Uderzył potylicą, nastąpiła śmierć kliniczna, przez tydzień usiłowali go ratować, ale się nie udało i było po człowieku.

Przez dziesiątki lat nazbierało się na ścianie trochę znaczków.

Teraz bandy na obu łukach są nadmuchiwane. Wypadki się oczywiście zdarzają, ale najczęściej są to drobne kontuzje, czasami ktoś złamie palec, rękę czy obojczyk. Za moich czasów to był rzeczywiście bardzo niebezpieczny i kontuzjogenny sport. No i jeszcze kwestia samego toru. Każdy klub starał się wtedy przygotować tor pod siebie.

Na mój pierwszy wyjazdowy mecz pojechaliśmy do Opola. Ja miałem taką technikę, że jeździłem przy bandzie, a oni specjalnie wykopali tam dołek i na wirażu wpieprzyłem się w niego. Wyłamałem wtedy z bandy dziesięć desek i miałem zakończyć karierę sportową, ale po długiej rehabilitacji jakoś się z tego wygrzebałem. Teraz tor musi odbierać niezależna komisja, więc nie ma możliwości, żeby nawierzchnia była nierówna. Pieniądze i sponsorzy są też znacznie potężniejsi.

Zawodnicze plastrony Andrzej przechowuje do dzisiaj.

L.P: Jeździsz już może nieco mniej, ale widzę, że cały czas dłubiesz w motocyklach?

A.P.: No a jak? Tu, zobacz, niemal hurtowo regeneruję przedwojenne iskrowniki Lucasa, silniki do wuefemek, silniki do starych dwuzaworowych żużlówek. Dla kuzyna z fabrycznie nowych części złożyłem Rometa, który ma jechać do Ameryki. Ten ciekawy silnik (stoi niemal na środku kuchni, przyp. red.) to też od mojego motocykla, Chater-Lea 500 z roku 1934 albo 1935, który właśnie składam. Na świecie zostało dosłownie tylko kilka egzemplarzy tego modelu.

Zrobiłem też Nortona 630 z 1932 roku. Za ten motocykl kupiłem sobie bardzo fajnego Mercedesa. Na BMW R 42, które też samodzielnie odrestaurowałem, byłem na rajdzie w Helsinkach, w ramach oficjalnej reprezentacji PZMot, gdzie zająłem I miejsce. Później motocykl ten odkupił ode mnie oficjalny importer BMW w Polsce – Smorawiński. Do tej pory można go oglądać w ich salonie firmowym.Ale w życiu sportowo-rajdowym już raczej nie uczestniczę. Po pierwsze to sprawy finansowe, bo to jednak jest bardzo droga zabawa, a po drugie trochę wiek już mi nie pozwala. Ale ile mogę, to jeszcze pracuję przy motocyklach. Warsztat mam całkiem nieźle wyposażony: tokarka, prasa, duża szlifierka, polerka, kilka innych maszyn, to wystarcza do większości prac, a umiejętności i chęci jeszcze są.

L.P.: No tak, przecież doświadczenie mechaniczne też masz spore?

A.P.: Po zakończeniu czynnej kariery sportowej, od roku 1975 uczyłem w Zespole Szkół Samochodowych w Lublinie w klasie mechanik samochodowy. Spod mojej ręki wyszło wielu bardzo dobrych mechaników. Od jakiegoś czasu jestem już na emeryturze, jednak bez motocykli nie potrafię chyba egzystować, bo to całe moje życie. Mimo że jakiś czas temu wycofałem się z „życia publicznego”, to władze miasta czy PZMot przypominają sobie o mnie od czasu do czasu  i honorują zaproszeniami na różnego rodzaju uroczystości.

L.P. Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę jeszcze wielu lat w dobrej kondycji i co najmniej kilku kolejnych odbudowanych motocykli! 

Zdjęcia: Tomasz Parzychowski

KOMENTARZE