fbpx
A password will be e-mailed to you.

Do tej pory nie zdarzały mi się takie sytuacje, bowiem felieton to nie trylogia w odcinkach i powinien mieć formę zwięzłą, jednolitą, a przede wszystkim jednorazową. Jednak tym razem muszę odstąpić od tej zasady i proszę o wyrozumiałość.

W poprzednim numerze rozwodziłem się na temat projektów zmian w kodeksie drogowym, żywiąc nadzieję, że wreszcie doczekamy się prawodawstwa nowoczesnego, stymulującego rozwój rynku poprzez rozszerzenie możliwości prowadzenie skuterów i najmniejszych motocykli bez prawa jazdy kategorii „A”.


REKLAMA

Parafrazując poetę – „co wiedziałem, napisałem i czym prędzej odesłałem..” – znaczy felieton do redakcji. Jak zwykle na ostatnią chwilę, czyli po naszemu „dedlajn”, więc nie było już możliwości weryfikacji. A szkoda. Bo mniej więcej dwa dni po popełnieniu przeze mnie wspomnianego utworu literackiego, wszyscy mieliśmy znakomitą okazję zapoznać się z kolejnym pomysłami ustawodawców dotyczącymi kwestii skuterów. Z publicznej telewizji dowiedzieliśmy się więc, że nawet te najmniejsze skutery, to maszyny wyjątkowo niebezpieczne, poruszające się zbyt szybko, bo w zasadzie wszystkie są tuningowane i nie spełniają podstawowego kryterium bycia motorowerem, czyli ograniczenia prędkości maksymalnej do 45 km/h. Z tą tezą trudno się nie zgodzić, bo rzeczywistość właśnie tak wygląda. Mądry ekspert w telewizji zapowiedział więc, że policja zostanie wyposażona w dodatkowe narzędzia prawne i wszyscy skuterzyści złapani podczas popełniania przestępstwa (jazda z prędkością powyżej dozwolonej prędkości) będą musieli gęsto się tłumaczyć, kto i jakiego powodu „rozdłubał pojazd”, a diagności dopuszczający go do ruchu będą mieli spore nieprzyjemności. Na szczęście pan ekspert zapewne nie wiedział, że motorower nie musi przechodzić okresowych badań, w związku z tym diagnosta nie musi stemplować dowodu rejestracyjnego.

Mam cichą nadzieję, że ustawodawca nie pójdzie dalej w swoim rozsierdzeniu i nie nakaże stróżom prawa konfiskowania pojazdów, na których zostało dokonane wykroczenie. I tu pojawia się ciekawy aspekt prawny: wykroczenie czy przestępstwo? Bo samo przekroczenie prędkości to zapewne (nie jestem prawnikiem, więc pewności nie mam) będzie wykroczenie. Jednak jazda pojazdem niezgodnym z homologacją? To już zupełnie inne zagadnienie. Być może jest to przestępstwo, a przecież nikt z nas nie ma ochoty być przestępcą? Aby więc walczyć z przestępczością, postuluje się zaostrzenie kontroli pojazdów. A moim zdaniem znacznie tańszym i prostszym i bardziej skutecznym rozwiązaniem byłaby zmiana definicji motoroweru. Obecna, z tym nieszczęśliwym ograniczeniem prędkości jest po prostu przestarzała. Donoszę uprzejmie panu ekspertowi, że od momentu, kiedy wprowadzano definicję motoroweru do kodeksu drogowego minęło już kilka lat (pewnie ok. 50) i konstrukcja pojazdów tej klasy nieco uległa zmianie. Zgadzam się, że Simson SR2 czy Komar na pedały ze swoimi wiotkimi ramami, marnymi bębnowymi hamulcami i dziadowskimi zawieszeniami przy prędkości 45 km/h rzeczywiście nie są pojazdami bezpiecznymi, ale same dychawiczne jednostki napędowe nie pozwalają na osiąganie prędkości przyświetlnych. Jednak współczesny skuter już ze względu na swą konstrukcję jest pojazdem znacznie bardziej bezpiecznym, znacznie sprawniej poruszającym się w ruchu miejskim, więc może wystarczyłoby podnieść ustawowo prędkość maksymalną motoroweru o 10 km/h i problem sam by zniknął? Wiem, wiem, zaraz podniosą się głosy, że to właśnie obniżanie dopuszczalnej wpływa na poprawę bezpieczeństwa jazdy, ale będę powtarzał pytanie aż do znudzenia: gdzie leży granica bezpiecznej prędkości? Obniżmy w takim razie granicę dozwolonej prędkości do 30 km/h, zablokujmy silniki wszystkich pojazdów mechanicznych, aby nie mogły przekraczać tej wartości, a liczba wypadków zmaleje do zera. Nie, przepraszam nie do zera, bo na drogach zawsze będą rowery, którym nijak nie da się zablokować silników (z prostej przyczyny – bo ich nie mają), które będą najszybszymi pojazdami na drogach, więc wypadki będą się zdarzały. Chociaż właśnie wpadł mi do głowy doskonały pomysł. Przecież kolarzom można pętać nogi jak koniom na pastwisku i też nie przekroczą dozwolonej prędkości. Albo można zainstalować obowiązkowo do wszystkich pojazdów (również i rowerów) tachometry i policjant już nic nie będzie musiał taszczyć ze sobą ciężkiego radaru, tylko popatrzy w kartę i przywali mandat albo od razu posadzi do aresztu.

Prawda o przyczynach wypadków moim zdaniem (zupełnie przeciwnym do pana eksperta) jest taka, że ich powodem jest w przeważającej mierze fatalna jakość naszych dróg, a nie mnożący się jak króliki skuterzyści i ich brak doświadczenia. I nie chodzi tu o samą jakość nawierzchni, kształtem bardziej przypominające kanion rzeki Colorado, niż powierzchnię płaską, ale o ogólną infrastrukturę, poczynając od oznakowań, poprzez sygnalizację świetlną i same rozwiązania inżynieryjne. Przecież na całym świecie miliony ludzi korzystają z tego właśnie środka lokomocji, który jest bardziej ekonomiczny, bardziej ekologiczny i w praktyce szybszy w miejskich korkach niż auto i wszyscy dają jakoś radzę, tylko u nas stanowią one sól w oku „ekspertów”. Panowie – błagam – przyjrzyjcie się, jak funkcjonuje „skuteryzm” w krajach o większym doświadczeniu w tej dziedzinie i spróbujcie zastosować podobne rozwiązania, a nie cofajcie nas w czasy Wielkiej Brytanii z roku 1905.


REKLAMA



REKLAMA


Pan ekspert w tej samej wypowiedział się nie tylko o samej naturze skutera, ale także o ich kierowcach. Uznał, że niedopuszczalnym jest, aby po drogach publicznych jeździły maszyny, których kierowcy nie znają przepisów ruchu drogowego. Cytat niemal dosłowny, jednak jego sens był taki, że skoro ktoś posługuje się jedynie dowodem osobistym podczas jazdy motorowerem (co niestety ku smutkowi eksperta jest jeszcze legalne), to nie zna on przepisów ruchu drogowego. Wniosek poniekąd słuszny, więc mój postulat pójdzie jeszcze dalej: piesi i rowerzyści również poruszają się po drogach publicznych i nie posiadają (o zgrozo!) żadnych uprawnień! Należy walczyć z tą groźną patologią! Proponuję wprowadzenie specjalnych dokumentów uprawniających do poruszania się piechotą. Również wszyscy rowerzyści powinni zdawać egzamin na rowerowe prawo jazdy!

Ale tak na poważnie, to bardzo martwi mnie sytuacja, w której władza chcąc podnieść poziom bezpieczeństwa na drogach, zaczyna od wprowadzania restrykcyjnych przepisów. Świadczy to bowiem o kompletnej bezradności i braku pomysłów na rozwiązanie problemu. Trochę przypomina mi to sytuację z czasów rewolucji radzieckiej (nie, nie jestem aż tak stary, żeby mieć jakieś osobiste wspomnienia), kiedy to wszystkie problemy rozwiązywano poprzez kolejne restrykcje i zakazy. Gdy brakowało żywności, to zamiast zastanowić się, jak tu więcej produkować, mnożyły się komitety zajmujące się kontrolą jej dystrybucji. A sytuacja taka powstała z powodu, delikatnie mówiąc, odsunięcia (przeważnie na wieczny odpoczynek) od procesów decyzyjnych prawdziwych ekspertów. I mam wrażenie, że w chwili obecnej podobnie dzieje się w Polsce. Gdy społeczeństwo „głodne jest” małych, tanich, ekonomicznych skuterków, decydenci robią wszystko, żeby nas zniechęcić do tego typu środka lokomocji. Bo zdecydowanie łatwiej jest czegoś zakazać i mieć święty spokój, niż zabrać się za ciężką pracę i tworzyć nowoczesne rozwiązania, ułatwiające nam życie. Jak widać, inaczej niż „pan ekspert” wyobrażam sobie państwo przyjazne obywatelowi.

KOMENTARZE

REKLAMA