fbpx
A password will be e-mailed to you.

Wielokrotnie już na łamach ŚM ten temat maglowany był na wszystkie strony, zarówno od strony egzaminatora (instruktora), jak i kursanta, mało tego – sam też zabierałem w tej sprawie kilka razy głos i wydawałoby się, że już wszystko omówiliśmy, jednak nie mogę powstrzymać się od skomentowania wypowiedzi jednego z instruktorów wygłoszonej na antenie radiowej. Otóż […]

Wielokrotnie już na łamach ŚM ten temat maglowany był na wszystkie strony, zarówno od strony egzaminatora (instruktora), jak i kursanta, mało tego – sam też zabierałem w tej sprawie kilka razy głos i wydawałoby się, że już wszystko omówiliśmy, jednak nie mogę powstrzymać się od skomentowania wypowiedzi jednego z instruktorów wygłoszonej na antenie radiowej. Otóż zapytany przez dziennikarkę, jak ocenia ogólny poziom kursantów, pan uczący stwierdził, że osoby przystępujące do egzaminu są ogólnie nieprzygotowane oraz beznadziejne w swej masie i najwyżej 30% powinno zdać.


REKLAMA

Facet powalił mnie swoją szczerością. Nie oceniał bowiem nic innego, jak własną pracę. To tak jakby powiedział: nie przychodźcie do mnie na kurs, bo i tak niczego was nie nauczę. A ja głupi myślałem, że na kurs prawa jazdy przychodzi się po to, aby nauczyć się jeździć. Zrozumiałbym jeszcze, gdyby cała sytuacja miała miejsce kilkanaście lat temu w kwitnącej komunie. Pan udawał, że uczy, kursanci udawali, że się uczą, potem jeszcze tylko parę złociszy w łapkę i wszystkie strony rozchodziły się zadowolone. Ale coś mi się zdaje, że czasy się zmieniły i pan instruktor bierze pieniążki za to, żeby kogoś nauczyć jeździć (wszystko jedno czy samochodem, czy motocyklem). Pieniążki, owszem, pan bierze, ale żeby skutecznie nauczyć – co to, to nie. No, może najwyżej jakieś 30% kursantów. Myślę sobie, że po wysłuchaniu takiej wypowiedzi wszyscy kursanci, którym nie udało się zdać egzaminu, powinni wystąpić do sądu o zwrot kosztów kursu i egzaminu oraz o odszkodowanie za stracony czas, bo pan i tak nie miał zamiaru nikogo niczego nauczyć, znakiem tego oszukiwał. A mówiąc poważnie, przyznał się do niedopełnienia warunków umowy: ty płacisz – ja uczę.

Początkowo pomyślałem sobie, że przecież nie można snuć ogólnych wniosków dotyczących skuteczności nauki jazdy na podstawie wypowiedzi jednego typa, niestety, wpadło mi w ręce wiele dowodów świadczących o tym, że poziom nauki na motocyklowych kursach jest, delikatnie mówiąc, żenujący i w zasadzie nie ma się co dziwić, że tylu gości oblewa egzaminy po kilka razy. Dowody te w zasadzie miałem przed oczami od bardzo dawna, mało tego – są one publicznie dostępne, jednak dopiero teraz uświadomiłem sobie ich wyrazistość. Chodzi mi o wypowiedzi na internetowych motocyklowych forach, gdzie osobnicy (obu płci) rozpoczynający dopiero swą przygodę z jednośladami dzielą się z resztą świata swoimi odkryciami na temat hamowania tyłem, dodawania gazu na zakręcie, czyli ogólnie sprawami, które powinny być wyjaśnione w trakcie pierwszej lekcji teorii. Jakże często pojawiają się więc w przestrzeni wirtualnej pytania: hamować przodem czy tyłem, redukować biegi czy nie? Pytania wydają się śmieszne trochę doświadczonym motocyklistom, jednak wcale nie są głupie. Przecież to są zasadnicze kwestie dotyczące techniki jazdy, które kursant powinien najpierw poznać teoretycznie, a dopiero potem trenować w praktyce. A jeżeli takie pytania zadaje gość, który ma już prawo jazdy? Znaczy to, że nie załapał się do szczęśliwych, wyedukowanych 30%, ale jakimś cudem udało mu się zaliczyć. Szkoda tylko, że prawa fizyki prędzej czy później będzie musiał zbadać na własnej d.. Pół biedy, jeżeli edukacja zakończy się jedynie bólem dolnej części pleców, czy nawet niewielkim złamaniem. Takie sytuacje zawsze na jakiś czas skutecznie ograniczają zbyt wybujały temperament jeźdźca. Gorzej jednak, gdy brak wiedzy i odpowiedzialności instruktora kończy się dla kursanta sytuacją, z której nie ma już powrotu.


REKLAMA



REKLAMA


Może, zamiast reformować system egzaminów, należałoby najpierw zrewidować kompetencje panów uczących? Nie twierdzę, że wszyscy z nich to tępe kmioty, bo sam znam kilku instruktorów rozumiejących swój fach, a w dodatku starających się rzetelnie i skutecznie przekazywać wiedzę. Spotkałem jednak też takich nauczycieli, którzy być może kiedyś w dalekiej przeszłości siedzieli na motocyklu, jednak w swoim rozwoju motocyklowym zatrzymali się na etapie WSK 125. Nawet w Warszawie, gdzie, wydawałoby się, konkurencja wśród szkół jazdy powinna wykosić nieudaczników, można natknąć się na kolesia, który za jedyny swój obowiązek uważa wskazanie kursantowi, w którym miejscu wyrysowana jest ósemka, i jak najszybsze zamknięcie się w swojej kanciapie. Swoją drogą dziwię się wszystkim, którzy (przynajmniej w Wawce), mając takie możliwości wyboru, korzystają z usług firm, które zamiast szkolić, po prostu wyłudzają pieniądze. Bo inaczej tego procederu nie można nazwać, zwłaszcza że potem niektórzy przyznają się w radiu do swojej niekompetencji.

Niestety, tak się w naszym kraju porobiło, że każdy, kto tylko miał na to ochotę, mógł otworzyć „szkołę jazdy” bez finansowych ani merytorycznych podstaw, praktycznie nie ponosząc żadnej odpowiedzialności za poziom wyszkolenia. Ale pewnie już w bardzo niedługiej przyszłości, wzorem nieco bardziej dojrzałych demokracji, ktoś weźmie się za weryfikację takich „szkół”. Być może zrobi to powstające właśnie stowarzyszenie importerów motocykli, być może organizacje konsumenckie, ale najbardziej pasowałoby, aby wzorem innych rzemiosł instruktorzy jazdy zrzeszeni w „cechu” sami zadbali o weryfikację własnego środowiska. Dobrym przykładem może być tu branża turystyczna. Dla podniesienia prestiżu, poziomu usług i zaufania klientów biura podróży same tępią jakieś podejrzane firemki usiłujące naciągnąć spragnionych wycieczek turystów. I wszystkim wychodzi to na zdrowie. Tak wykazuje praktyka.

Zapewne znajdujemy się w okresie transformacji, kiedy to duża ilość badziewia przerodzi się w kwalifikowaną jakość. Mam nadzieję, że już w niedługiej przyszłości wszystkie firmy, które proponują kursy, na których skuteczność egzaminacyjna wynosi 30%, zbankrutują z powodu braku chętnych, a na rynku pozostaną jedynie te, w których trzeba będzie wykazać się wyjątkowym brakiem talentu, aby oblać egzamin za pierwszym podejściem. I nikt nigdy, posiadając motocyklowe prawo jazdy, nie będzie zastanawiał się, czy skuteczniejszy jest hamulec przedni, czy tylny. Bo nie wydaje mi się, aby jakiegokolwiek motocyklistę posiadającego licencję uzyskaną w Niemczech, Francji czy Anglii dręczyły podobne dylematy. U nas może kiedyś też tak będzie.

KOMENTARZE


REKLAMA